30 maja 2017

Are you going stay here? In this world made of clouds...



Nieładnie tak znikać bez słowa. Nieładnie, zwłaszcza, jeśli dopiero co stworzyło się swój nowy, własny kąt, swoje nowe miejsce do wylewania wszelkich trosk i radości. Wiem, wiem i kajam się, bo po prostu tak nie wypada. 

Nie chciałam prowadzić bloga istniejącego na zasadzie mojego pisadła jedynie, bez możliwości kontaktu z Wami, przez komentarze, czy maile. To miejsce stałoby się wtedy puste i bezpłciowe w dosłowności. Bez rozmowy nie ma niczego. A na rozmowę właśnie zabrakłoby mi czasu.

Wiecie, dużo się u mnie pozmieniało. Dostałam pracę. Pracę, która pochłonęła mnie bez reszty. Pracę, o której jeszcze rok temu nawet nie odważyłabym się śnić. Wydawało mi się wtedy, że nie dla mnie takie rzeczy, że mam pecha, że się wymądrzam, że nie nadaję się do ambitnych przedsięwzięć. O losie, pozwoliłam to sobie wmówić. Tak bardzo zdeptano moją wiarę w siebie. Ale już powolutku, małymi kroczkami, dzięki fajnym ludziom ją odbudowuję. Robię, co mogę. 

Mogę więc pochwalić Wam się, że od kwietnia pracuję jako specjalista do spraw promocji. Dla niewtajemniczonych może brzmieć to dziwnie i poważnie nawet, co z pewnością by do mnie nie pasowało, ale… nic z tych rzeczy! Pracuję po prostu jako grafik. Moja praca, choć wymaga solidnej organizacji, sprawia, że wyżywam się kreatywnie w każdym calu. Spełniam się na każdej istotnej dla mnie płaszczyźnie. Poznałam świetnych ludzi. I mam fajnego szefa.

Spędzam godziny przy Photoshopie tworząc plakaty, grafiki na stronę, ulotki, czy banery. I robię to, co uwielbiam, bo rysuję, tylko, że „wirtualnie”. Do moich zadań należy po prostu „robienie ładnych rzeczy”, jak to skwitował pan R., które będą informować „co jest, lub co będzie grane.” A kiedy już ludzie dowiedzą się z moich plakatów tego i owego, czeka na mnie dalsza praca…

Kiedyś kochałam robić zdjęcia moją małą cyfróweczką, ale nigdy nie było mnie stać na lustrzankę z solidnym obiektywem, bo ciągle miałam inne wydatki. To studia, to ślub, to wieczne odkładanie na coś.  Teraz dostałam służbową. I do moich obowiązków należy dokumentowanie fotograficzne wszelkich imprez kulturalnych w moim mieście. W tym przełażenie przez barierkę podczas koncertów, by móc robić zdjęcia zza kulis. Ot, tu ktoś idealnie trafił w gusta Asika z zakresem obowiązków… Tak więc udało mi się już cyknąć parę fotek z bliska panom z Grupy MoCarta, czy Mesajahowi. A to dopiero początek!

Kiedy już  przebiorę i dodam na stronę zdjęcia, dołączam do nich swoje krótkie artykuły i relacje. I wysyłam do lokalnej prasy. Jestem też zatem takim mini dziennikarzem. Ironia losu… kiedyś chciałam nim być, ale życie pokrzyżowało plany.  

Los jednak zaskakuje, pisze swoje własne scenariusze i nie mogę się oprzeć tutaj stwierdzeniu, że co ma nadejść i tak nadejdzie.  Co sobie wymodlisz, w końcu ci się przytrafi. Tylko nie zawsze od razu. Nieraz tak jak w moim przypadku – po prawie dziesięciu latach. Szarpałam się prawie pół życia, nawet kończąc studia nie byłam pewna, czy chcę to robić, a teraz nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, po tym wszystkim, przez co musiałam przejść, nagle… robię wszystko, co kocham. Pracuję bez żadnego przymusu. Rysuję, fotografuję, piszę, tworzę. Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najfajniejsze?

To, że spotykam świetnych ludzi. Tak bardzo różnych, tak bardzo ciekawych, nieraz trochę szalonych. Ludzi, których kiedyś się wręcz bałam, bo nie wydaje mi się, bym była ekspertem w kontaktach międzyludzkich. Od zawsze – mimo swego roztrzepania i skłonności do głupawek – bywam ostatecznie trochę nieśmiała, a podczas rozmowy moje oczy nie zawsze wiedzą, w którą stronę mają uciekać. Ale sukcesywnie, małymi kroczkami staram się z tego wyleczyć. Tak samo, jak wciąż wdrażam się w to, co robię, bo przecież pracuję dopiero od dwóch miesięcy, a do perfekcji jeszcze dużo mi brakuje.

Moje biuro jest słoneczne i kolorowe. Bardziej wolę nazywać je pracownią. I nie jestem w nim sama! Dzielę je z przesympatyczną osóbką o ciemnych lokach, bez pomocy której nie miałabym tej pracy. Bo przecież od pewnego, grudniowego dnia, kiedy przypadkiem na siebie wpadłyśmy uparcie namawiała mnie, abym złożyła swoje papiery, abym spróbowała. A ja nawet nie chciałam wtedy o tym myśleć, bałam się, nie wierzyłam w siebie. Myślałam sobie, że nie dam rady, że poskładam się totalnie, że się nie nadaję. A jednak niczym aniołowie okazują się ludzie, którzy w ciebie wierzą...

Tak więc, widzicie, Mili moi, dzieje się. Dzieje się u mnie, a ja w to wszystko zapadłam się po same uszy. I mam nadzieję, że wybaczycie mi moją nagłą i długą nieobecność. Nie wiem, po raz który postanawiam poprawę, ale mam nadzieję, że ostatecznie się ogarnę z tym moim pisadłem. Bo cokolwiek by się nie działo, zawsze jakoś brakuje mi tego miejsca, a najbardziej przecież  Was...


Beautiful Sun
Drinking wine
Lying on the grass

Beautiful spaces
Smiling faces
Neverland

Let's chase the Sun
Let me drive
I'm too happy to be drunk

Are you going to stay here
In this world made of clouds
I don't want to be lonely.