4 marca 2017

"(...) Ten lód w końcu powoli topnieje, oto nadchodzi słońce, nadchodzi słońce..."

Długo dziś spałam. Po wczorajszym dniu porządna dawka snu była niczym zbawienie. Okazuje się, że ogrom pozytywnych emocji także potrafi nieźle wykończyć.

Dwa dni temu zadzwoniła do mnie Aga.
- Asik, wpadniesz do Poznania? Masz czas? 
- W sumie mogę przyjechać, czemu nie - odpowiedziałam po chwili.
- To dobrze, bo mam dla ciebie wejściówkę na targi ogrodnicze! 

Nigdy nie byłam na Gardenii. Głupio się przyznać, bo jako architekt krajobrazu powinnam bywać tam co roku. A jednak wciąż mi coś nie pasowało, a ja - jak to ja - odkąd zaczęłam studia, ciągle byłam w biegu, wciąż się gdzieś spieszyłam.

Tym razem warto było zwolnić. I spotkać się z tym dobrym duszkiem, jakim jest właśnie Agnieszka.

Zanim obeszłyśmy wystawy, wybrałyśmy się na wykłady. Woda w krajobrazie, światła i cienie w przestrzeni, programy graficzne. Przez moment poczułam się znów jak na studiach. Tylko zdawało się nieco poważniej, bo na naszych studenckich wykładach zawsze działo się coś ciekawego, włącznie z wędrującym winem pod ławkami. Siedziałam, słuchałam, rozglądałam się po sali. I kolejny raz przypominałam sobie, kim jestem.

Spotkałam kilku ludzi z roku. Tych, których lubiłam i tych, za którymi nie przepadałam. Ale do tych drugich też się uśmiechnęłam. Jakby nie było też przywodzą na myśl ciepłe wspomnienia, a skoro są pozytywnym źródłem, to dlaczego miałabym się nie śmiać? Kolejny raz umawialiśmy się na piwo, a ja obawiam się, że znów bezskutecznie. Tyle się zmieniło. Nie jesteśmy już beztroskimi studentami. Wielu ludzi jest już po ślubach, ma swoje domy, niektórzy spodziewają się potomstwa, a inni założyli własne firmy. Dorosłość wzywa. Ta dorosłość, której ja się wciąż trochę sprzeciwiam, choć sama mam już swój ciasny kąt, męża i plany na przyszłość.

W przerwie między wykładami wybrałyśmy się obejrzeć wystawy. Na stoiskach oprócz mnóstwa przeróżnych roślin były też różne smaczki - szczególnie dla nas, projektantów ogrodów. Nawierzchnie, oświetlenia, rodzaje nawadniania, elementy małej architektury, rozwiązania z użyciem wody, szybkie "szkolenia" z programów graficznych... istny raj. Ludzie sami nas zaczepiali, rozmawiali jak z profesjonalistami, szukali porady nieraz, wręczali katalogi. W pewnym momencie poczułam nawet gulę w gardle. Jeszcze parę miesięcy temu w mojej poprzedniej pracy wręczano mi co najwyżej grabie, albo haczkę i kazano - dosłownie - zapieprzać, albo robić rzeczy, które wręcz upodlały, rzeczy, przez które śmiali się ze mnie ludzie, którzy mnie mijali na ulicy.

Było - minęło, ale odcisnęło to we mnie swój ślad. Trudno mi odzyskać pewność i wiarę w siebie, powera, którego miałam w sobie jeszcze rok temu. Nie boję się pracy fizycznej, wiem, że mój zawód się nieraz i z tym wiąże, że czasami po prostu trzeba założyć flanelę, ogrodniczki, gumiaki i rękawice i ruszyć w teren. Tylko co innego, kiedy zakłada się zaprojektowany przez siebie ogród, a co innego, kiedy ktoś zmusza cię do ciężkiej pracy, nieraz wręcz podłej, o której nawet nie chcę teraz mówić, choć obiecał zupełnie coś innego, pracy, którą miał wykonywać zupełnie ktoś inny. W dodatku praca z kimś, kto o wielu rzeczach nie miał bladego pojęcia, a próbował mnie zdeptać tylko dlatego, że ma znajomości - wykończyła mnie. Bo kim ja jestem? Zwykłym, szarym człowiekiem, który kiedyś chciał pochwalić się, że coś potrafi.

- Dziękuję, że ze mną tu przyszłaś - powiedziała Aga, kiedy zbliżałyśmy się do wyjścia. Żal mi jej było. Bidulka biegała po stoiskach, zostawiając swoje CV gdzie popadnie, bo niedawno straciła pracę, która ją także wykańczała. Oferowała się nawet koleżance z roku, która otworzyła swoją firmę, że może ją zatrudnić jako pracownika fizycznego. Tamta zrobiła wielkie oczy. Sugerowała, że nie po to się uczyła, żeby teraz to robić, a ta dalej w zaparte.
- Nie ma za co! To ja dziękuję, że mnie namówiłaś. W końcu rozdziewiczyłam swoje uczestnictwo w targach! - zaśmiałam się.
- Ale Asik, mi nie o to chodzi. Po prostu, jak ty jesteś, to ja jestem jakaś taka odważniejsza. Wiesz, czasem chciałabym być tak silna i konkretna jak ty. Tak jakbyś mi dodawała pewności siebie. Nie boję się podchodzić do ludzi, pytać, rozmawiać, starać się... dzięki, że jesteś po prostu...

Oj tak. Ja. Mistrz pewności siebie. Silna i konkretna. Na pewno.
Nie te czasy.
Ale pokrzepiające, że Aga czuła się przy mnie bezpiecznie. Jeszcze całkiem niedawno byłam w stanie przywalić komuś, kto powiedziałby moim przyjaciołom coś, co by mi się nie spodobało.

- Z tą moją siłą i konkretnością może nie przesadzajmy - powiedziałam. - Ale wiem, że tak jak ja musisz teraz na nowo tę pewność siebie odbudować. I wiesz co? Poradzimy sobie. Ja wierzę, że dobre dni wciąż przed nami. 
- Właśnie! Asik, a mogę cię jeszcze poprosić o poradę?
- Jasne, ale jaką?
- Chciałabym ci pokazać, jaką sukienkę sobie wybrałam na ślub. Powiesz, co myślisz?
Nie wiem, czy widziała, jak zaszkliły mi się oczy.

I tak wybierałyśmy się do Fridy na herbatę, a że miałyśmy po drodze, to weszłyśmy do salonu sukien ślubnych. Obejrzałyśmy te, na które miała oko, trochę jej doradziłam, a potem znów wróciły niekoniecznie dobre wspomnienia. Całe zamieszanie z moim ślubem było czymś, co sprawia, że do tej pory nieraz trudno przychodzi mi oglądanie zdjęć. Ale mierzenie sukni ślubnej po raz pierwszy wspominam najpiękniej. To niezapomniana chwila, jakby spełniało się marzenie z dzieciństwa.

- Nie mogę się doczekać, aż cię w niej zobaczę - szepnęłam, gładząc delikatną, koronkową sukienkę.

*   *   *

Wracając od Fridy i jej męża nadal ocierałyśmy łzy ze śmiechu. Uwielbiam niekończące się z nimi rozmowy o  wpadkach, wypadkach, przypałach i starych dobrych czasach. A później, czekając na dworcu, już same, we dwie nie mogłyśmy się nagadać i nacieszyć swoim towarzystwem. A przecież spędziłyśmy ze sobą cały dzień! Znów poczułam, jak ważne jest w życiu zwolnienie, wypośrodkowanie między pracą, a ludźmi, z którymi się uwielbia spędzać czas. Z ludźmi, których się zwyczajnie kocha.

Aga odprowadziła aż na sam peron i choć do odjazdu zostały zaledwie trzy minuty, to my wciąż odwlekałyśmy moment, w którym wsiądę do pociągu. Cały czas przeżywałyśmy miniony dzień i planowałyśmy kolejne spotkanie.

W pewnym momencie podszedł do mnie konduktor.

- Jeśli chciałaby pani usiąść, z przodu pociągu są wolne miejsca - powiedział uprzejmie.

Dojeżdżałam na studia pięć lat, dzień w dzień, spotykałam różnych konduktorów. Ale tak miłego - nigdy. Kolejny dobry człowiek na drodze - kolejny dobry znak.

- Dziękuję panu! - uśmiechnęłam się do niego, wyściskałam Agę na pożegnanie i weszłam szukając rzekomych wolnych miejsc, bo czasu było coraz mniej.

Nawet nie wiem, kiedy minęła godzina drogi do domu.  Czułam taki spokój, dobrych ludzi, którzy pisali do mnie cały czas sms'y, wiedziałam, że nie jestem sama.

- Pani wysiada we Wronkach? - podszedł do mnie znów ten sam konduktor.
- Yyy... tak - odpowiedziałam trochę zdziwiona, po chwili orientując się, że przecież widział mój bilet.
- Zaraz będzie pani stacja... tak tylko informuję, bo to różnie bywa.

Uśmiechnęłam się w duchu. Znam tę trasę na pamięć, z zamkniętymi oczami wysiadłabym na swojej stacji. Ale to było zwyczajnie miłe. Taki zwykły, ludzki odruch. Nie każdego na to stać. Podziękowałam więc i zaczęłam zbierać swoje rzeczy, powoli kierując się ku wyjściu.

*   *   *

Obudziłam się dziś tuż przed dziesiątą. P. kręcił się po kuchni. Słyszałam, jak wstawia wodę, a w takie szczęśliwe poranki nic nie działa na mnie lepiej, niż zapach kawy. No, prawie nic. :) Wstałam więc, odsłoniłam okna chcąc wpuścić odrobinę światła do domu i zobaczyłam cudownie błękitne, wiosenne niebo. Kolejny piękny dzień się zaczyna, pomyślałam.

Po kawie i szybkim śniadaniu, jeszcze trochę rozczochrana - bo moje włosy trudno nieraz ogarnąć, a spinać ich nie lubię po prostu - pobiegłam do miasta. Spotkałam się też z Werką, żeby dogadać szczegóły zlecenia, które czeka mnie jeszcze przez marzec, zanim podpiszę umowę na stałe. I w tym wszystkim, między pomysłami dosłownie kipiącymi z głowy, z zapałem wcale niesłomianym, czułam narastającą radochę. Nie mogłam oprzeć się uczuciu, że powolutku, małymi kroczkami zaczynam robić to, co kocham, wśród ludzi, których lubię i dobrze wspominam.

Bo za chwilę mogę mieć pracę (mówię "mogę", bo wciąż nie dowierzam, że to prawda), w której chlebem codziennym będą spotkania z ludźmi, z muzyką, ze sztuką, z codziennością tak bardzo kolorową, jaką widzę mimo szarych dni.

Tak jest dobrze. Tak po prostu, tak z dnia na dzień.

Zupełnie, jakby metafora życia przeniosła się do rzeczywistości. Bo przecież po każdej burzy wychodzi w końcu słońce, a z każdej kropli deszczu może powstać maleńka tęcza.


"Oto nadchodzi słońce, nadchodzi słońce...
I mówię, jest dobrze!

Kochanie, za nami długa smutna samotna zima,
Kochanie, mam wrażenie minęły już lata odkąd tu zawitała,
Oto nadchodzi słońce, nadchodzi słońce...
I mówię, jest dobrze!

Kochanie, uśmiech wracają na twarze,
Kochanie, wydaje się jakby nie było go tu od lat,
Oto nadchodzi słońce, nadchodzi słońce...
I mówię, jest dobrze!"